piątek, 2 lutego 2018

Pogrzeb część 1.

Pamiętam jak moja babka ze Śląska obchodziła Wszystkich Świętych. Powiem więcej, ja pamiętam jak ona przygotowywała mojego dziadka do ostatniej podróży na tamten świat. Ona była bardzo wierzącą katoliczką. Jak dziadek zmarł miał 85 lat. Ona była starsza o pięć lat. Dziadek zmarł we własnym łóżku, po długiej agonii. Oczywiście trup miał otwarte oczy, był siny i już zaczął śmierdzieć. Babka wyprosiła wszystkich z pokoju. Została sam na sam ze zwłokami. Pamiętam, że miałem wtedy 8 lat. Schowałem się w szafie, babka nie wiedziała, że oprócz niej i zmarłego dziadka jest w szafie jej wnuk. Szafa była naprawdę stara, z takim olbrzymim kluczem. Więc jak nietrudno się domyśleć, dziurka też była potężna. I ja podglądałem moją babkę, co robi w tym czasie. Otóż było tak: stara babka najpierw uklęknęła przed obrazem Matki Boskiej. Powoli zaczęła się rozbierać. Najpierw zdjęcia ludową, śląską spódnicę, potem nieświeżą już przecież bluzkę. Została w samej bieliźnie. Bielizna była także nie pierwszej świeżości. Majtki i stanik były koloru żółtego. Nawet z tyłu dało się ujrzeć  kolor brązu…  Było to okropne i fascynujące zarazem. I tutaj pojawiło się pierwsze zaskoczenie, a raczej szok. Albo byłem wtedy pijany(mało prawdopodobne, bo byłem dzieckiem…), albo ujrzałem u mojej babki zwisające jądra. Miała na sobie figi z których po obu stronach dyndały owłosione męskie jądra. Dziś gdy o tym myślę, to jest to dla mnie niezrozumiałe. Ale wtedy, będąc dzieckiem, nie wiedziałem, że baby i chłopy są inaczej zbudowane. Więc szok wynikał nie tyle z odkrycia, że babka ma jądra, ale z tego, że pierwszy raz widziałem ten organ u osoby dorosłej. Moje były małe, bez włosów, więc raczej mało fascynujące. Dopiero po wielu latach zrozumiałem zasłuchane rozmowy mojej babki z jej koleżankami spod kościoła:
 Ale mnie jajca bolą...  Mam pełne jaja... Będę musiała opróżnić jądra bo przecież nie wysiedzę w kościele...  Rany boskie przecież te kule nie mieszczą mi się w figach, może ja stanik na jądra powinnam kupić u ruskich na jarmarku…
Wtedy nie potrafiłem skojarzyć tych słów: jądra, jajca, jaja. Myślałem, że starsze panie mówią coś o zwykłych, kurzych jajkach, bo przecież takie rozmowy wśród wiejskich kobiet były codziennością.
Jak wspomniałem wcześniej,  babka Teofila była osobą bardzo wierzącą. Praktykowała wszystkie te archaiczne rytuały związane z odprowadzaniem zmarłego do wieczności. Gdyby żyła do dziś, złapała by się za głowę, jak traktuje się zmarłych w tym kraju. Do czego to doszło, że rodzina pozbywa się trupa i wywozi go do kaplicy pogrzebowej, zleca wszystko specjalistom. Moja babka była strasznie konserwatywna w tych klockach. Dokładnie wszystko widziałem. Spisuję to dla potomnych, bo jak wiadomo pamięć ludzka jest ulotna. To ostatnia szansa na opowiedzenie wam, co tak naprawdę działo się w przeszłości, o wspaniałych polskich tradycjach bez tabu. W końcu ten blog nosi nazwę Polska Szokująca.
Pamiętam, że siedzenia w tej szafie było bardzo niewygodne. Babka coś tam zamruczała pod nosem. A potem rozkręciła się na dobre. Zgodnie ze zwyczajem ciało zmarłego należało umyć, apotem ubrać. Wiele osób wierzy, że mówienie do trupa w czasie zabiegów pielęgnacyjnych pomaga. Że on jest wtedy łaskawy i posłusznie zgina ręce dając włożyć na sienie ubranie.
Babka zaczęła ściągać starą, śmierdzącą i spoconą piżamę z trupa dziadka. Mimo, że mówiła do niego(no, proszę cię, Ernest, tylko piżamkę ściągniemy), to na nic się to zdało. Widziałem jak podeszła do szuflady i wciągnęła nożyczki. A potem zaczęła przecinać piżamę, bo inaczej nie dało się tego zrobić. Już w trakcie wykonywania tej czynności, babka jakby podskoczyła i zapiała: O rany, Ernest, rany boskie, przecież nie pochowam cię z tym!
Okazało się, że dziadek chwilę przed śmiercią dostał wzwodu i tak mu już zostało…

piątek, 5 stycznia 2018

The Doll Fucking Movie 2017 jakubjankowski1992

Kontrowersyjna dla wielu postać Jakuba Jankowskiego nie zwalnia tempa. Po opublikowaniu swojej Trylogii "Wszystkie polskie świętości", zredagowaniu bloga z poglądami oraz epizodami w postaci krótkich filmów umieszczanych w Internecie przyszedł w końcu czas na debiut filmowy. Jakub zadebiutował zarówno jako reżyser, jak i aktor w wydanym w ubiegłym roku filmie The Doll Fucking Movie. Debiut koszalińskiego twórcy wydały amerykańskie wytwórnie Toxic Filth Video oraz King Of The Witches. Amerykanie specjalizują się w wydawaniu filmów z gatunku extreme horror.







 Film Jakuba Jankowskiego jest pierwszym polskim horrorem ekstremalnym wydanym we wspomnianych wytwórniach, a także reklamowany jest jako "pierwszy polski shocker". The Doll Fucking Movie wydano zarówno na nośniku DVD jak i VHS, co jest gratką dla kolekcjonerów. W USA istnieje nisza, gdzie zapotrzebowanie na nośnik kasety VHS wciąż istniej i wielu zapaleńców może się pochwalić dużymi kolekcjami. Kaseta jest szczególnie popularna wśród miłośników horrorów.




The Doll Fucking Movie jest filmem średniometrażowym.Trwa on czterdzieści minut z sekundami. Cała produkcja jest utrzymana w stylistyce starej, zjechanej taśmy wideo. Stąd też film był realizowany specjalnym programem. Przez cały film słyszymy szumy które są specyficzne dla nielegalnych, dziko nagrywanych taśm wideo. Oprócz tego na dole ekranu śledzimy zmieniająca się datę wraz z godziną nagrania. Jest to tym bardziej ciekawe, że możemy obserwować jak długi był proces nagrywania całego filmu. Pierwsze sceny pochodzą ze stycznia 2016 roku, podczas gdy finałowe nagrano w styczniu 2017. Dokładnie rok. Tyle zajęło Jakubowi ukończenie swojego pierwszego dzieła. I bynajmniej nie jest to ostatnia produkcja która wyszła spod rąk tego twórcy. Na dniach zostanie wydany kolejny film, jeszcze bardziej bulwersujący. Ale o tym następnym razem.


Film jest zbiorem luźno powiązanych ze sobą scen. Bardzo naturalistycznych scen. Cały czas przewija się paleta dziwactw i deptania tego, co wielu uważa za wartości. Wymienię kilka przykładów: seks ze zwłokami, wstrzykiwanie w ramię bliżej nieokreślonego środka, samobójstwo, masturbacja do wideo ukazującego seks na zwłokach. Nie oznacza to, że panuje tam rozgardiasz. Uważny widz zauważy, że sceny są ze sobą powiązane, a film jest skończonym obrazem. Interpretacja oczywiście należy do widza. Tym bardziej, że obraz nie zawiera dialogów. Jedynym dźwiękiem jak już było wspomniane jest wszechobecny szum...








Oprócz Jakuba widzimy na ekranie także kilka bliżej niezidentyfikowanych postaci. Grają oni role drugoplanowe.
Film jest bez wątpienia krokiem milowym w naszym kraju. Należy pogratulować twórcy, że nie tylko nakręcił tego typu film, ale także za to że udało mu się znaleźć wydawcę. To świetna odtrutka na naszą konserwatywną kinematografie która jest zdominowana przez patriotyczne i religijne produkcje wciskane nam na siłę.
Na koniec należy nadmienić, że film jest fikcją, artystyczną wizją wolności w kraju w którym tej wolności brakuje... Wszystkie sceny zostały wyreżyserowane i nikomu nie stała się krzywda.



http://xviews.extremehorrorcinema.com/doll-fucking-movie/


FILM DO KUPIENIA POD TYMI LINKAMI:
https://toxic-filth-video.fwscheckout.com/The_Doll_Fcking_Movie/p5133799_17946552.aspx

http://cauldron.club/collections/192677-all-products/products/19788344-dfm-vhs

piątek, 23 czerwca 2017

Teofilia M. część II

  -Pokażę panu coś
Nagle na stole ląduje stara, zielona, gruba teczka. Nie robi się już takich. Na wierzchu jest napis, bardzo już wyblakły i chyba w języku rosyjskim.
- Tak, moja ruska teka. Dostałam ja od agentki bezpieki podczas mojej wizyty w ZSRR. Przekazała mi tajne dokumenty. Pokazuję je pierwszy raz. Ma pan szczęście zobaczyć to na własne oczy.
Teofilia otwiera mocny, szyfrowany zamek. Po chwili moim oczom ukazuje się całe mnóstwo fotografii oraz pożółkłych papierów w języku polskim. Zaczynam przeglądać zdjęcia. Widnieją na nich dzieci które zostały poddane eksperymentom. Jeśli widzieliście w podręcznikach do historii wychudzone, dziecięce szkielety, to muszę wam powiedzieć, że mało żeście widzieli. Przy okazji dowiedziałem się, że są to podopieczni Teofilii.Na jednym ze zdjęć widnieje dziwny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka nie wiemy właściwie jakiej płci jest to osobnik. Zdjęcia są zszyte w jeden plik Dopiero po oglądnięciu kolejnych zdjęć przekonujemy się, że to jeden z tych ludzi, którym była Esesmanka wykonywała obłąkańcze zabiegi zmiany płci. O ile pierwsze zdjęcie zostało wykonane już po zabiegu, to na kolejnych mamy etapy zmiany płci, skrzętnie dokumentowane podczas wykonywania makabrycznych operacji usunięcia piersi, pochwy, czy formowania prącia. Aż dochodzimy do ostatnich fotografii, na których widnieje całkowicie biologiczna kobieta, której wizerunek zarejestrowano tuż przed poddaniem jej diabelskim zabiegom doktor Teofilii Mikke.
Kolejne zdjęcia to cała makabryczność obozowego szpitala. Na jednej z fotografii uśmiechnięta Teofilia podnosi płód za nogi i wkłada go do wiadra, wypełnionego zapewne wrzącą wodą. Na następnym wyjmuje poparzone, ale wciąż żyjące dziecko.
  - Dobrze, widział już pan wiele. A ja jestem zmęczona tym wszystkim. A także życiem. Jestem już tak stara… Nie wiem ile jeszcze pożyję. Chociaż mogę mieć nadzieję na długie życie, bo moja mamusia żyła sto dwa lata! Wyobrażam pan to sobie! Sto dwa lata. Przeżyła zabory, dwudziestolecie międzywojenne, drugą wojnę światową, a także trzy dekady PRL-u. Ale ona była silną kobietą. Sama nie raz się zastanawiałam jak to możliwe, że przetrwała na wsi z moim ojcem. Mieli tylko jedno dziecko. Tym dzieckiem jak pan się domyśla byłam ja. A właściwie miałam jeszcze brata. Ale urodził się niepełnosprawny. A na wsi takie osoby nie mają szans. Jeśli ktoś miał powyginane ręce, to był zabijany od razu przez kobiety asystujące przy porodzie. Matka o tym wiedziała i wyraziła zgodę. To było wręcz oczywiste. Taka niepisana umowa między kobietami, Chłopu mówiło się potem, że dziecko zmarło przy porodzie. Oczywiście nie widział zwłok, ponieważ takie dziecko owijało się od razu w pieluszki. I tak sobie leżało owinięte, aż chłop zbił trumienkę z desek. I właśnie wtedy pojawił się u mnie pierwszy przebłysk. Pierwsza iskra. Że to będzie mnie dotyczyło. Ze cały ten temat śmierci, umierania, chorób, szaleńczych eksperymentów, zbrodni… Wiedziałam już wtedy. Mama zawołała mnie do siebie, do izby w której rodziła. Powiedziała, że braciszek zmarł i żebym się o niego pomodliła. Powiedziała, że jak chcę to mogę go zobaczyć i przytulic. Po tym szybko usnęła, bo była tak zmęczona tym porodem. Ja podeszłam do stołu, gdzie leżało zawiniątko. Prawie nie było go widać. Odwinęłam trochę te pieluchy i szmaty i zauważyłam, że dziecko miało jedną rękę całkowicie wykręconą, a druga nierozwiniętą, wystawał jedynie sam kikut. I nawet mnie to nie poruszyło. Właściwie to uśmiechnęłam się sama do siebie. Ale potem skarciłam się w duchu, bo wiedziałam z kościoła, że tak nie można. Że to grzech i za takie rzeczy idzie się do piekła. Spojrzałam na śpiącą matkę. Nikogo poza nią nie było w izbie. Starsze kobiety odbierające poród już dawno opuściły nasz dom. Wiedziałam, że jestem bezpieczna. Ile miałam wtedy lat? Myślę, że było to na krótko przez Pierwszą Komunią Świętą. Nie wiem co się wtedy stało. Nie jestem w stanie powiedzieć kto mną wtedy kierował. Czy to byłam ja sama? Ale postanowiłam że na moment rozbiorę dziecko. Do naga. Rzeczywiście miałam trochę roboty z rozplątaniem tych wszystkich szmat. Ale udało się. Pamiętam, że strasznie się wtedy pociłam, szczególnie ręce miałam całe mokre. I to serce. Waliło mi jak młot. Myślałam, że zemdleję. Dziecko było całkowicie nagie. Wtedy dokładnie mogłam przypatrzeć się temu pokaranemu przez los i Boga ciałku. Ciało było bardzo blade, miało bardzo cienką skórę. Dotykałam te zwłoki najpierw z ciekawością. A potem z lubością. A po kilku minutach z lubieżnością. Tak, byłam podniecona. Znów się powtórzę: kto mną wtedy kierował? Czy był to jakiś demon o którym uczył nas ksiądz na religii? A może to ja sama tego chciałam? Jaki grzech wtedy popełniłam? Czy dręczyło mnie wtedy sumienie? Wydaje mi się, że nie… Obmacywałam nagie zwłoki członka mojej rodziny. Czułam, że moja seksualność budzi się w pełni. Wtedy to po raz pierwszy mogłam obserwować męskiego członka. Widziałam już coś podobnego u zwierząt. A nawet dotykałam zwierzęce przyrodzenie, kiedy ojciec zabijał warchlaka w oborze. Ale ludzkiego penisa trzymałam w swoich małych dłoniach po raz pierwszy… Bawiłam się nim. Poruszałam skórką. Ściągając ją w górę i w dół. Bardzo mnie to zastanowiło, ponieważ zwierzęcy członek był inny. Nie miał tej skórki. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że nazywa się to napletek. Zaczęłam całować brzuszek. I w pewnym momencie zjechałam niżej. Całowałam penisa. Malutkiego, skulonego peniska. Intuicja podpowiedziała mi abym wzięła go do buzi. I tak tez zrobiłam. Sama matka natura mną kierowała. Ssałam siusiaczka mojego braciszka. I znów to pytanie: co mną kierowało? Skąd ja to wszystko wiedziałam? Przecież nie miałam pojęcia o stosunku seksualnym. Penisa mojego brata miałam w ustach przez kilka dobrych minut. Sprawiało mi to przyjemność. Nagle ujrzałam w lustrze które wisiało przede mną, że moja matka się zbudziła, że mnie chyba obserwuje, a może nawet obserwowała przez cały ten czas, tylko, że ja byłam tego nieświadoma! Nie odwróciłam się w stronę łóżka. Udałam, że coś tam robię przy zwłokach braciszka. Szybko wciągnęłam szmatki na małe zwłoki i wyszłam z pokoju…
Opuściłam pokój. Twarz mnie piekła, policzki zrobiły się czerwone. Pobiegłam na pole, za podwórze. Biegłam bardzo szybko przed siebie. Czułam podniecenie. Zatrzymałam się w sadzie. Było piękne lato. Na drzewach pełno jabłek. Wzięłam jedno jabłko z ziemi. Zaczęłam je gryźć. W środku dostrzegłam małego, grubego robaczka. Nie obchodziło mnie to. Zjadałam tego robaka. Usiadłam na starej, ledwo trzymającej się ławeczce która była ukryta w krzakach agrestu. Dzięki temu byłam niewidoczna, chociaż to i tak nieważne, ponieważ wokół nie było żywego ducha. I wtedy zaczęłam myśleć. Miałam dopiero dziewięć lat. Nie wiedziałam nic o świecie. Nie znałam pojęć. Wtedy nie słyszałam jeszcze takich słów jak: pedofilia, kazirodztwo, zbrodnia, ateizm, nihilizm, samobójstwo… Byłam taka głupia. A może tak mi się tylko wydawało. Właściwie to ludzie wokół mnie próbowali mi wmówić, że jestem głupia, gorsza, do niczego. I w jakimś sensie w to uwierzyłam. Potem się z tego leczyłam. Zobaczyłam, że to nie ja byłam głupia. Że to ci ludzie, którzy tak bardzo chcieli mnie widzieć głupią. Ja ich po prostu przerastałam. I dlatego mnie niszczyli i sprowadzali do poziomu bydła na którym sami byli. Miałam być posłuszną matką i żoną. Tak mówiła mi matka. A ja kompletnie się w tym nie odnajdywałam. Świat kobiet wydawał mi się bardzo nudny. Rodzina, kościół i kuchnia to nie było dla mnie. I nie miałam wyrzutów sumienia, że nie mogę tego spełnić. A raczej nie chcę. Że zawiodłam rodziców. Jakie zawiodłam? To oni mnie zawiedli. Swoją głupotą, konserwatyzmem i sama już kurwa nie wiem czym… Od małego ciągnęło mnie do ryzyka, do aktywności. Nie chciałam być wiejską świętoszką zawodząca w kościele. Dlatego wiedziałam, że muszę się wyrwać z tej wsi na której przyszło mi żyć. Niestety los okazał się inny. Nie miałam dużych możliwości. I straciłam swoją szansę. Ale mimo tego dużo osiągnęłam.

W tym momencie Teofilia zamyśla się. Popada w swego rodzaju melancholię. Jej wzrok jest nieobecny. Oczy patrzą gdzieś daleko przed siebie. Zapada długa cisza. Ja nic nie mówię. Czekam aż pierwsza się odezwie…
- A wie pan, że będę się przeprowadzała?
- Jak to? Nie chce pani mieszkać już w tym bloku?
- Nie, boję się. Boję się tego, że gdy pan opublikuje ten reportaż ktoś domyśli się kim jestem. Poukłada sobie to wszystko. Mamy 2013 roku, ale wciąż żyją jeszcze ludzie mnie pamiętający. Chociaż zdaję sobie sprawę, że na temat mojej osoby panuje pewnego rodzaju milczenie. W pewnym momencie mojego życia zdałam sobie sprawę, że jestem „niedotykalna”. Jak w Indiach. Że należę do grupy ludzi, którzy się nie liczą w społeczeństwie. Co było mi na rękę, bo mogłam w pełni oddać się swoim pasjom medycznym. Nikt mi nie przeszkadzał w realizacji mojego planu. Więc tak, wyprowadzam się. Widzi pan? Tam w kącie kuchni stoją pudła. To głównie książki oraz dokumenty. Ubrań nie mam za dużo, bo od lat chodzę w tej samej spódnicy i bluzce. Za to dokumentację mojego życia mam ogromną. Nie tylko zresztą mojego. Bo także moich pacjentów. Jeszcze sprzed wojny. Ostało się nawet kilku przy życiu. Kiedyś to panu pokażę. Jak się bardziej zaprzyjaźnimy. Bo nie ufam panu do końca. Nie wiem jak mnie pan przedstawi. Bo do jakiej gazety pan pisze? Niech mi pan obieca, że nie wyjdę w pana reportażu na zdemoralizowaną kobietę! Ja jestem porządną katoliczką i Polką! I wypraszam sobie pisanie o mnie w wulgarny sposób!
Będę musiała pana na chwilkę przeprosić. Pragnę zażyć kąpieli. Nie, niech się pan nie martwi. Nie będę żadnemu dziecku robiła „kąpieli”. To dawne czasy, nawet nie miałabym siły aby utrzymać takiego malca w wannie. Do tego trzeba mieć naprawdę dużo energii. Dzieci są teraz takie zwinne, kręcą się jak opętane. Przed wojną dawałam sobie radę. Bo po pierwsze byłam młodsza, a po drugie dzieci były jakieś bardziej posłuszne. Miałam u nich autorytet jako dorosła pani. A teraz co się dzieje? Ostatnio czytałam w Fakcie, że wnuk zabił swoją babkę, chociaż ta go kochała. A ta cała poetka Maria Goniewicz? Ta smarkula nie liczyła się z niczym i nikim! Ja ją rozumiem i nie potępiam. Nawet ją popieram, bo na ludzi nie ma innego sposobu czasem… Ale na litość boską! Nie mogła poczekać jeszcze kila lat i przygotować zbrodnię bardziej profesjonalnie. Przecież ja bym jej pomogła. Potraktowałabym ją jak własną wnuczkę której nigdy nie miałam. Udzieliłabym jej lekcji z zabijania. Mogłaby kontynuować moje dzieło. Ale schrzaniła całą sprawę i teraz dogorywa w kiciu. Męskie lesby gwałcą ją chujem na pasku! Nie nadaję się już na moją uczennicę. A ja nie będę jej mistrzynią. A moja wiedza jest ogromna! Niech pan pamięta, że mam olbrzymie doświadczenie zdobyte podczas wojny. I dlatego płakać mi się chce, że nie mam komu przekazać tego dziedzictwa. Teraz młodzież jest strasznie patriotyczna, bogoojczyźniana i oddana Kościołowi. Bardzo prawicowa. Ale jeszcze będą tego żałować!
A tak wracając do kąpieli. Pokażę coś panu.
Teofilia Mikke wstała. Skierowała się w stronę małej łazienki, która nie miała nawet drzwi. Była za to stara, śmierdząca zasłona przymocowana dwoma gwoździami. Ta zasłona była ohydna. Przypominała skórę węża. Potem dowiedziałem się jeszcze, że w tej zasłonie zmarła babka Teofilii. Co dodawało jeszcze większego poczucia upiorności.
Teofilia odsłoniła kotarę i weszła do łazienki. To pomieszczenie było naprawdę bardzo małe. Kafelki pokrywające łazienkę nie wymieniane były od co najmniej pół wieku. Widać było, że posiadały jakieś wzorki, ale starły się wraz z upływem czasu. W tym malutkim pomieszczeniu nie było okna. Panowała ciemność. Światło dochodziło jedynie z korytarza, zza drzwi. Brak elektryczności to w domu Teofilii standard. Jak zdradziła mi któregoś razu, nie lubi światła, ponieważ tacy ludzie jak ona kochają mrok we wszystkich jego aspektach. Nie tylko mrok wewnętrzny, ale także ten zwykły, namacalny: noc, ciemność pokoju…
W łazience Teofilii stał jedynie sedes. Bardzo stary sedes. Pewnie też nie wymieniany od lat. Oraz maleńka, stara wanna, a na niej mnóstwo pojemniczków, buteleczek i innych kobiecych skarbów.
Teofilia wzięła jedną z buteleczek. Była to mała, szklana butelka z owiniętą wokół niej etykietką. Etykietka wyglądała na naprawdę bardzo starą. Pismo ledwo było widoczne. Teofilia zdjęła etykietkę która była owinięta gumką recepturką wokół buteleczki.
Proszę czytać- powiedziała do mnie swym starczym, zachrypniętym głosem.
Scheise… Dr Mengele… Co? Nie doczytam. Nie znam dobrze niemieckiego. A i litery też nie są wyraźne…
Przetłumaczę panu. W tej niepozornej butelce znajduje się mój największy skarb życia. Jak pan wie jestem straszną kolekcjonerką. Kolekcjonuję dokumenty, mam całe prywatne archiwum. Cała grzęznę w papierach. Kocham kurz. Ale nawet pan sobie nie wyobraża. Te całe stosy dokumentów przy tym, co pan trzyma w swoich rękach są niczym. W tym pojemniku znajdują się fekalia doktora Mengelego. Jak pan wie, pracowałam w czasie wojny w obozie w Auschwitz. Więc nie było dla mnie problemem zdobycie stolca tego wielkiego człowieka. Były dni, że widziałam się z nim dzień w dzień. Już wtedy traktowałam go jako swojego guru, wręcz świętego. I przyszło mi do głowy aby zdobyć jakąś relikwię z nim związaną. Paznokieć, fragment ubrania w którym chodził, włos, cokolwiek. Tym bardziej, że wojna zbliżała się ku końcowi i nie wiedziałam jak potoczą się losy tego wielkiego genetyka. Ale najłatwiejsze w zdobyciu okazały się fekalia z sedesu. Po prostu zaczekałam na okazję. Kiedy doktor wyszedł z kibla, szybko pobiegłam i zabrałam z samego dna drewnianego wychodka trochę jego stolca. Wiedziałam, że ten położony najwyżej, na samej górze jest jego. Był najświeższy i najdoskonalszy. Był to widok wręcz przepiękny. Wzięłam ze sobą buteleczkę z laboratorium obozowego oraz patyczek. Udało się. Jak pan sobie może wyobrazić z wydalonym stolcem jest pewien problem. Otóż z każdym dniem staje się coraz bardziej suchy. Coraz go mniej. Zanika w zastraszającym tempie. Aż zostaje z niego czarny, mały bobek. Chomicza kupa. Stolec pobrałam dosłownie chwilkę przed oswobodzeniem obozu, gdy doktor był jeszcze na miejscu i porządkował swoje papiery. Ale wszystko było już wiadome. Wiedzieliśmy, że nadchodzą Rosjanie. Trwała ewakuacja. To był ostatni dobry moment na pozyskanie takiej świętości. Pierwszą kąpiel z dodatkiem fekaliów Mengelego zażyłam jeszcze w Auschwitz. To było święto, prawdziwe misterium! Stolec był jeszcze bardzo świeży, pobrany dopiero co kilka dni wcześniej. Piece w naszym bloku grzały niemiłosiernie. Trupy palono przecież bez przerwy. Miałam wspaniałą, ciepłą i świeżą wodę w kranie. Łazienka na moim bloku była zadbana. Cała w białych kafelkach. Miałam swoją wannę. Oczywiście jak pan może sobie wyobrazić kał doktora Mengelego było bardzo malutko. Ledwo ten flakonik. Napełniony do pełna, ale to i tak naprawdę skromna ilość. Pojawił się podstawowy problem jak w pełni wykorzystać to dobrodziejstwo i delektować się kąpielą w jego fekaliach. Po długim namyśle wpadałam na genialny pomysł. Pewnie słyszał pan co nieco o homeopatii. To lekarstwo rozpuszczane w nieskończoność. Praktycznie nie da się tego zużyć. Będąc jeszcze w obozie poradziłam sobie w ten sposób, że kazałam przysyłać do mojego bloku fekalia z komór gazowych. Wie pan jak to jest. Ludziom w komorach gazowych puszczały zwieracze i wypływał z nich rzadki kał, często też mocz. To ze stresu. Zwożono tego do mnie w naprawdę dużych ilościach. Składowano do mojej wanny. A ja wtedy dodawałam bardzo malutką łyżeczkę kału doktora Mengelego. Miałam całą wannę rzadkiego, ludzkiego stolca. Wierzyłam, że odrobinka doktorskiego kału miesza się z resztą anonimowego stolca i w ten sposób otrzymywałam w pełni świętą i magiczną miksturę. Z czasem pojawił się problem. Kału było coraz mniej, a ja nie miałam już okazji na pobranie następnego flakoniku. Mengele opuścił już obóz. Ale zaufałam homeopatii. I rozpuściłam resztki kału w wodzie. Dzięki temu miałeam teraz płynną relikwię. Po wyjściu z obozu robiłam to samo. Próbowałam różnych rozpuszczalników. Na przykład teraz, gdy znów powróciłam na łono Kościoła, rozpuszczam w wodzie święconej. Ile jest stolca Mengelego w obecnym rozpuszczalniku? Tego nie wiem. Wydaje mi się, że naprawdę mikroskopijna ilość. Proszę pamiętać, że pierwotny materiał został pobrany prawie siedemdziesiąt lat temu.
Co pani teraz z tym robi? Jak pani używa obecnie tego świętego płynu?
- O, proszę pana! Ile ja mam teraz z tym problemów! Po pierwsze mam ogromne trudności z pozyskaniem rzadkiego, świeżego stolca. Przecież muszę czymś napełnić moją wannę, aby potem dodać do tego mikstury. Warunek takiej misteryjnej kąpieli jest jeden: płyn homeopatyczny pozyskany ze stolca Josefa Mengelego należy rozpuszczać tylko i wyłącznie w świeżych fekaliach ludzkich! Nie ma innej możliwości. Rozpuszczanie w wodzie rozmywa się z celem. Woda to nieczystość!

piątek, 9 stycznia 2015

I co ty na to?


KNAJPA „POD PTASZYLEM”, CZYLI LESBY W STYLU BOUCHE

Powiedzmy, że był kwietniowy ranek, a lepiej nawet popołudnie, kultowy rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty….
Jest więc popołudnie i wyglądający na zniewieściałego chłopak spotyka się w Krakowie z kobitką wyglądająca jak chłop: nieumalowaną, krótko ostrzyżoną, w dżinsach, trampkach, z workowatym plecakiem. Zainteresowania tej pani? Wozy wyścigowe, bataliony, broń maszynowa. Marzenia z dzieciństwa? Zostać strażakiem, klawiszem w więzieniu, policjantem, wojskowym.
Marzenia i zainteresowania pana? Kosmetyki i suknie, byle były złote. Marzenia z dzieciństwa? Być Zdzisławą Sośnicką.
Kraków patrzy na to spotkanie ze spokojem starego, zepsutego karmelity bosego.
On jest szwedzkim dziennikarzem i tłumaczem literatury polskiej, ciotą i pedałem oraz gejem. Ona lokalną intelektualistką, jedyną z maturą w środowisku „Ptaszyla”. Ona ma go zaprowadzić do knajpy dla lesb w stylu bouche(męskich) w ten kwietniowy ranek, a nawet popołudnie. Aby go tam wprowadzić, musiała uprzedzić swoje koleżanki.
-To jest ciota, ale on jest spoko. On jest ze mną. Nie bić go.
Bo one jak chuligani, jak kibole, cwela by zaraz zapierdoliły, zajebały mu, zęby wybiły! Wchodzą. Przy barku siedzi około dziesięciu facetów, dopiero przy bliższym wejrzeniu można poznać, iż są to lesby w stylu bouche. Napijają wódeczkę. Palą popularne. Wszystkie, bez wyjątku, kryminalne! Wszystkie ze szramami, ciężka recydywa, tatuaże wydzierane, sznyty, krótkie włosy, lekki zarost. Kryminał. On zamawia wódę dla wszystkich. Przy każdej lesbie siedzi jej „żona”- długowłosa, utleniona tipsiara, bardzo kobieca tym ukraińskim rodzajem kobiecości, w dżinsowych spódniczkach nabijanych brylancikami. Siedzi i ma się nie odzywać. „Mężczyźni” gadają, a babki mają gotować i dawać d…
Ale to nie to samo, co wyruchać prawdziwą heretyczkę…. Do tego trzeba by mieć kutasa i w ogóle. Dlatego wśród lesb w stylu bouche najwięcej przypadków operacji zmiany płci.
- Słuchajcie, Generała(Gochę) jutro wypuszczają! Trzeba coś załatwić, jakąś wódę!
- Pizdę jej trzeba załatwić, ona pizdy od roku w pace nie widziała!
- Trzeba.
Takich to rozmów słuchał Szwed, spuszczając rzęsy i skromnie wbijając wzrok w swój kieliszek wódki. Kiedy mi to opowiadał, wspominałem swoje przeżycia z tymi osobniczkami. We Wrocławiu nie było meczu bez łysych kibolek, nie było dyskoteki gejowskiej, żeby łyse nie przyszły pijane „napierdalać pedałów”, nie było giełdy modelarstwa, żeby choć jedna nie oglądała modeli czołgów.
Nie ma już tak męskich kolesi, jak one. Ale na pocieszenie można też powiedzieć, że nie ma już tak kobiecych babek jak cioty. Pomiędzy ciotami a lesbami w stylu bouche zachodzi idealna symetria. One marzą o heretyczce, oni o heteryku śnią. One chcą sobie przyczepić kutasa, oni- obciąć. One mówią o sobie w rodzaju męskim, oni- żeńskim… One się nie malują, nie farbują, oni- jak najbardziej! I tak dalej.

Modele czołgów, wojsko, piwo, mecze i klepanie lasek po tyłkach. Żołnierskie ruchy. Podszywanie się na czatach pod „macho” i godzinami gadanie z kimś o pseudo „Kasiunia”. I czasem jest tak, że z jednej strony linii mamy lesbę w stylu bouche podającą się ze „Artur_macho_23”, a z drugiej ciotę podającą się za „Kasiunię” albo „Asiunię”. I jedno i drugie jest szczęśliwe! Ciota, że jest podrywana przez prawdziwego faceta, byka, macho, a lesba- że gada ze słodką heretyczką…. A między nimi komputerowe światy, szyby monitorów i całe morze pokrzywionych seksualności…
TEKST AUTORSTWA MICHAŁA WITKOWSKIEGO(Machina, wrzesień 2009).

Antoni(opowiadanie archiwalne 2012)

No, więc tak- był u mnie w miasteczku taki jeden ksiądz. Antoni się zwał. Dość młody nawet, nie miał chyba jeszcze czterdziestki. Całkiem przystojny.  Dobrze zbudowany, nieco łysy na głowie, ale z twarzy ładny i młody. Typ takiego trochę pedofilka… Myślę, że był także nieźle wyposażony. Zazwyczaj tacy mają niezłe kiełbaski. Kiedy to było?
Okres przygotowań do pierwszej komunii świętej. Rok 1996, 1997. Tak, pamiętam dobrze.
We wczesnym dzieciństwie bardzo interesowałem się kościołem. Chodziłem na nabożeństwa, na msze. Skąd to się brało? Sam nie wiem. Ale myślę, że była to fascynacja raczej zewnętrzna. To znaczy fascynował mnie cały ceremoniał, otoczka towarzysząca mszy i nabożeństwu. Leżąca na ołtarzu Biblia oprawiona w skórę, płonące świece, kadzidła, figury, święci na obrazach, podniosłe śpiewy podstarzałych chórzystek.  Chyba w środku, we mnie nie czułem tego, czego powinienem czuć będąc takim katolikiem. To był czysty materializm, zero duchowości i rozwoju wewnętrznego. Nawet miałem taki okres w tamtym czasie, że myślałem o byciu księdzem! Wiem, że teraz to wydaje się śmieszne, ja kurwa księdzem… Oczywiście myślałem wtedy, że z tego jest kasa i będzie mi się fajnie żyło, sprawy ducha nic nie miały tutaj do rzeczy. Te moje śpiewy pieśni religijnych… Zamykałem się w swoim pokoju i na całą mordę chwaliłem łąki umajone! Matka słysząc to mówi: ty to chyba księdzem będziesz…
Bardzo często wśród ciot można zaobserwować fascynację typowo męskimi zawodami. Zawodami, które wymagają przywdziania munduru…. U mnie we wczesnym dzieciństwie była to fascynacja katolickim mundurem, czyli sutanną.
No i rzeczywiście- opłacało się!
Ile to miałem lat, gdy zobaczyłem masturbującego się proboszcza? Hmm… Chyba dziewięć. Wiedziałem, co i jak. Już wtedy postanowiłem iść na całość.
Pisałem wcześniej, że byłem zafascynowany kościołem katolickim. Ta fascynacja spowodowała, iż zostałem ministrantem. Wiedziałem, że tylko w ten sposób będę mógł być blisko księży. Być ciągle w ich towarzystwie.
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że kapłani przeczuwali, dlaczego zostałem ministrantem. Czuli, że nie przez moją wiarę, powołanie, ale z zupełnie innych powodów…
Przypominam sobie takie zdarzenie z wczesnego dzieciństwa. Mając pięć, może sześć lat obudziłem się cały podniecony i mokry. Śniło mi się, że jestem w mieszkaniu Antoniego, księdza bardzo obficie obdarzonego przez naturę. Aż się sam przestraszyłem tego snu- jak to? Tak z księdzem…? Ale z drugiej strony bardzo pragnąłem, aby ten sen dokończyć!
Antoni był razem ze mną w swoim małym mieszkaniu na plebanii, leżeliśmy razem w jego łóżku. Pamiętam, że chyba był już w samych slipkach. Ja byłem o ile sobie przypominam w piżamie. Ale jego ręka szukała już czegoś w moich spodenkach nocnych. Czego? Możecie się chyba łatwo domyśleć!
Na pewno było to bardzo przyjemnie, szkoda, że to tylko sen. Dałbym wiele, aby znów zobaczyć księdza Antoniego po latach. Teraz bym nie odpuścił! Poszedłbym na przysłowiową całość!
Ciekawi mnie jak potoczyło się życie Antoniego… Nadal jest księdzem? Nadal sprawia przyjemność młodzieży swym potężnym berłem? Ciekawi mnie jak wygląda, czy się postarzał, czy może wciąż jest młody i pachnący wodą kolońską? Ostatni raz widziałem go w 2005 roku, zaraz po śmierci Janusza, kiedy to w mojej parafii była koronacja obrazu Maryjki Dziewicy koronami papieskimi. Zjechał się wtedy cały kler, wśród nich znajome twarze, stara kurwa Danuta, Antoni…
Ale o tym pewnie się już nie dowiem nigdy, bo Antek znikł z mojego życia na zawsze. Zostały mi tylko wspomnienia, parę zdjęć, na których widnieje jego postać oraz komunijna kaseta wideo, którą czasem oglądam, aby przypomnieć sobie Antoniego, jego głos, jego ruchy, gesty, sterczącą pałkę(która widać było nawet pod sutanną!).
Ach…
A jak mogło by być gdyby ta historia się potoczyła inaczej, gdybym w tamtych czasach był odważny? Popuśćmy wodzę fantazji…

Obudziłem się wreszcie chociaż to dziwne, bo zasnąłem późno, przynajmniej tak mi się wydaje. Długo myślałem jak ten dzień będzie wyglądał. W końcu to najpiękniejszy dzień w moim chłopięcym życiu. Leżę na łóżku w swoim pokoju. Zza okien wychodzi słońce, chyba dziś będzie ładny dzień i wszystko się uda, mam takie przeczucie. Rodzina jeszcze się nie zjechała. Ale muszę już wstawać, bo ksiądz Antoni coś ode mnie chciał. Jestem przecież wzorowym ministrantem. Szybko zjadam śniadanie, czyli Cola-Cao z mlekiem oraz bułkę z serem, która przypomina wyglądem cipsko mojej późniejszej koleżanki Ewy z liceum która wyglądała jakby miała czterdziestkę, a miała 16…

Jestem już blisko kościoła. Widzę dom księdza Antoniego. O! Ksiądz macha do mnie abym przyszedł do niego. No to idę. On stoi jeszcze w piżamie i chyba nawet zdaje mi się, że drapie się po jajach. Nieco mi serce mocniej zabiło...

niedziela, 12 października 2014

Wojciech Krolopp- Pierwsza rocznica śmierci... Wspomnienie...

WOJCIECH KROLOPP 

Mariusz Trynkiewicz, Kaśka Waśniewska, Karol Wojtyła… Lista jest długa. To tylko wierzchołek góry lodowej. Jest jeszcze jeden człowiek. Nieco już zapomniany, zmarły dokładnie rok temu. To maestro Wojciech Krolopp. Dyrygent i dyrektor poznańskiego chłopięcego chóru Polskie Słowiki. Krolopp odszedł do Domu Ojca dokładnie rok temu. Z tego tez powodu jest ten pamiątkowy wpis. Abyśmy pamiętali o Wielkim Maestro.
Zwierza się pan Marek K., dziś 37 letni mężczyzna, chórzysta w latach 1990-1995. :
Do chóru zaprowadziła mnie moja matka Zenobia. Na przesłuchaniu było wielu innych chłopaków, pięknie wystylizowanych. Wspaniałe kostiumy, nienaganne fryzury. Czuło się podniecenie. Nie ukrywam, że już wtedy zaznałem uroków masturbacji. Miałem dwanaście lat. Właściwie prawie trzynaście. Zaśpiewałem przed Wojciechem coś z repertuaru Violety Villas, chyba Do Ciebie Mamo. Dostałem małą uwagę, że repertuar nie ten, ale głos mam piękny i na słowika się nadaję.
Przyjął mnie. Zostałem chórzystą. Matka z ojcem pękali z dumy, że ich syn będzie słowikiem!
To było w ten sam dzień w którym trwały przesłuchania. Zbliżał się wieczór, czekałem na rodziców aby po mnie przyjechali samochodem. Właściwie wszyscy już powoli się zbierali. Chciałem jeszcze skorzystać z toalety. Udałem się do męskiej. Była bezpłatna, bez babci klozetowej. To dobrze, bo nie miałem przy sobie pieniędzy. Miałem już prawie trzynaście lat, czułem się młodzieżą. W kiblu były pisuary, czego nie było w mojej szkole. Tam mnie coś wzięło aby odlać się właśnie w bidet. Byłem nieco za mały jak na taki męski przybytek, to znaczy muszla bidetu była umieszczona za wysoko jak na moje małe nogi.
Nagle usłyszałem za sobą dźwięk naciskanej klamki. Nie odwróciłem się ze strachu. Spodnie miałem opuszczone, mateczki też, stałem tak z małym, dyndającym fiutkiem. Słyszałem powolne kroki. A potem ten głos: Nie bój się, podsadzę cię do sikania.
Mężczyzna wziął mnie na ręce i podsadził. Ledwo co się wysikałem. Potem wziął mojego ptaszka i wytarł w swoją chusteczkę. Powiedział, że grzeczni chłopcy muszą dbać o higienę. Trzymając mnie tak cały czas, dał mi wykład o higienie i rozpoczynającym się u mnie dojrzewaniu płciowym. Powiedział, że za chwilę pojawią się u mnie włosy na ptaszku i będę miał „mokre sny”. Ze będzie mi bardzo przyjemnie. Żebym się nie bał i żebym nie mówił o niczym mamusi, bo ona i tak nie zrozumie, bo to kobieta, a kobiety chodzą do kościoła, mają inny sposób życia itp. Słuchałem tego, cały czas nie patrząc na mężczyznę. Trzymał mnie na rękach. Potem powiedział: Zobacz, dotknij, też będziesz miał takie coś.
I wziął moją rękę i przysunął ją do sobie, na dół… To było coś długiego, ciepłego, grubego, miłe w dotyku, a jednocześnie sprawiało, że dziwnie się czułem.
Mężczyzna wyszedł. Ja byłem tym tak wstrząśnięty, że nawet nie odwróciłem się aby sprawdzić kim był ów jegomość. Nie wiedziałem, ale czułem… A raczej przeczuwałem.
Potem były wyjazdy na Zachód. Śpiewałem też dla naszego Ojca Świętego. Wyciągam z mroków pamięci takie oto zdarzenie: Jest przeddzień Wielkanocy roku 1993. Chór Polskie Słowiki śpiewa Janowi Pawłowi koncert. Znów toaleta. Jakoś zawsze tak miałem, że nawet najmniejszy skurcz w pęcherzu wywoływał mnie od razu w stronę ubikacji. Po prostu chciałem czuć się zrelaksowany i nie Myślec o moczu pozostającym w moim ciele.
Wtedy byłem już nastolatkiem, powiedziałbym nawet, że efebem. Poszedłem do ubikacji w Watykanie. Dorosłem już do pisuaru, nie potrzebowałem niczyjej pomocy. Odsikałem się. Nie wytrzymałem. Musiałem także dokonać masturbacji na swym młodym ciele. Nagle usłyszałem, że ktoś biegnie s stronę ubikacji. Ktoś wszedł do środka. Wystraszyłem się i skryłem w kabinie. Doszedł mnie głos: Kurwa, ale mi się chce srać! Nie wytrzymam! Zesram się w dres! Człowiek ten wszedł do kabiny sąsiadującej z moją. Słyszałem plusk upadającej kaszanki. Wszystko oddawał do muszli klozetowej. Jęczał przy tym niesłychanie! Stanąłem na klozecie i spojrzałem do jego kabiny przez oddzielającą nas ścianę. To był Jan Paweł II! Po domowemu, w dresie! Wszak wszystko działo się przecież w pałacu Świętego Piotra gdzie mieszkał papież. Nagle uniósł głowę do góry. Zobaczył mnie.
- A kto mnie tutaj podgląda!?
Ojciec Święty wyszedł ze swojej kabiny i podszedł do drzwi w moim sraczu. Nie były zamknięte, ponieważ nie było tam zamków. Po latach uzmysłowiłem sobie dlaczego tak było. Wydaje mi się, że to specjalnie. Ze te klopy służyły jako miejsca schadzek dla spragnionych duchownych. Karol Wojtyła nacisnął klamkę moich drzwi i…
Nie! Nie! Nie mogę już dłużej o tym mówić! Wystarczy na dziś!
Tak, Wojciech Krolopp to niezwykła postać w naszej kulturze. Wielka szkoda, że odszedł od nas…


PIĘKNA PIOSENKA:
https://www.youtube.com/watch?v=Not_LTQq6a0